Ja, Pan, tylko Ja istnieję i poza Mną nie ma żadnego zbawcy. To Ja zapowiedziałem, wyzwoliłem i obwieściłem, a nie ktoś obcy wśród was. Wy jesteście świadkami moimi - wyrocznia Pana - że Ja jestem Bogiem, owszem, od wieczności Nim jestem. I nikt się nie wymknie z mej ręki. Któż może zmienić to, co Ja zdziałam? ”


<>Ks. Izajasz 43.11-13
Módlmy się Brewiarzem
Módlmy się w drodze
Posłuchaj Biblii
Cytat z Księgi Przysłów:

=>> Kto oczy zamyka, podstęp obmyśla, kto wargi zaciska, dokonał zbrodni.
[16,30]

sobota, 13 lutego 2016

Wszyscy jesteśmy Barabaszami

Homilia wygłoszona przez ks. Krzysztofa Wonsa SDS w Wielki Piątek, 18 kwietnia 2014 r., w kościele salwatorianów pw. Boskiego Zbawiciela w Krakowie, ul. św. Jacka 16.



Drodzy Bracia i Siostry,

przenieśmy się w wyobraźni na plac przed pretorium Piłata. Na placu żołnierskim przed siedzibą rzymskiego władcy gromadzą się tłumy. Na zewnątrz wyprowadzono dwóch: Jezusa i Barabasza. Wiemy kim jest Jezus i wiemy kim jest Barabasz. Tuż obok siebie stają Święty świętych i zbrodniarz. Jeden z nich ma być skazany na śmierci. Zbrodniarz zostaje uwolniony, a Najświętszy skazany. Męka Pańska wg św. Jana nie zostawia wątpliwości: zanim ludzie zdradzą Jezusa i wybiorą w Jego miejsce Barabasza, Jezus pierwszy wydaje siebie. „Nikt mi nie odbiera życia, ale ja oddaję je z własnej woli…” – powie w Ewangelii Jana (J 10, 18). Gdyby tylko chciał mógłby odejść wolny, a ludzie cofnęliby się i upadli na ziemię jak w Ogrójcu (por. J 18, 6). Tymczasem Jezus zamienia się miejscem z Barabaszem, jakby powtarzał boskim tonem „Ja jestem”. Zajmuje na placu miejsce zbrodniarza. Chce umrzeć nie tylko dla niego, ale także zamiast niego.

A teraz niech każdy z nas wyobrazi sobie siebie – skrępowanego na środku placu tuż obok związanego Jezusa. Spróbujmy oprzeć się o Jego drżące z bólu ramię. Usłyszmy Jego ciężki oddech. A jeśli mamy na to siłę, spójrzmy w Jego cierpiące oczy. Nie ma w nich pretensji, są tylko ból, miłość i przebaczanie. A potem wyobraźmy sobie jak swoimi skrępowanymi dłońmi, rozwiązuje nasze dłonie; posyła nas do domu, a sam zajmuje nasze miejsce. Na placu zostaje sam, a my odchodzimy wolni. To nie jest abstrakcja. To obraz głęboko biblijny.

Drodzy, tego wieczoru, zanim wolni odejdziemy z kościoła do naszych domów, musimy z uczciwości i sprawiedliwości wobec Niego wyznać, że wszyscy jesteśmy Barabaszami, począwszy ode mnie stojącego przed Wami, poprzez każdego z obecnych. Lecz ta prawda, nie brzmi jak oskarżenie, albo przekleństwo. Brzmi jak błogosławieństwo, jak „felix culpa”, o której jutro śpiewać będzie Kościół. „Bar – abbas” – znaczy „syn ojca”. Jezus zajmuje moje miejsce, ponieważ widzi we mnie dziecko swego Ojca, widzi we mnie swojego brata, siostrę, widzi mnie jak widział Barabasza, sponiewieranego grzechem. Delikatnie zasłania mnie sobą i zajmuje moje miejsce, które mi się należało. W naszej historii dzieje się to, co wieki temu powiedział Izajasz o Nim i o nas: „On się obarczył naszym cierpieniem, on dźwigał nasze boleści, a myśmy go uznali za skazańca, chłostanego przez Boga i zdeptanego” (Iz 53, 4).

Jak długo, czytając mękę Jezusa, nie przejdzie przez nas dreszcz, na myśl, że On zniósł to wszystko dla mnie i zamiast mnie, tak długo będzie ona dla nas jedynie poruszającą lekturą, piękną liturgią, lecz odległą od naszego życia. A przecież tak nie jest. Jezus zajął moje miejsce, to znaczy wszedł w sam środek mojej nieprawości. To nie jest tak, że z jednej strony jestem ja, z moimi grzechami, a drugiej Jezus, który za mnie cierpi, na dystans. On wszedł w mój przeklęty grzech. Będąc bez grzechu stał się grzechem (por. 2 Kor 5, 21), stał się przekleństwem, bo przeklęty, kogo powieszono na drzewie (por. Ga 3, 13). Wszedł wszędzie tam, gdzie upadam, gdzie najbardziej ranię siebie, drugich i Jego samego; wszedł tam, gdzie najbardziej wstydzę się siebie, złoszczę na siebie, a może nawet nienawidzę. Wszedł tam i osłonił mnie sobą przed moją własną złością i złością innych. Osłonił przed wyrokiem, który mógłbym wydać na siebie. Wziął na siebie moje bezeceństwa, a do mnie powiedział: „Idź w pokoju, wracaj do domu”. A Izajasz mówi jeszcze, że choć zmiażdżony moim przestępstwem, ciągle oręduje za mną (por. Iz 53, 10.12).

Ale co to oznacza, że wziął na siebie mój grzech, że został zmiażdżony moim cierpieniem. Oznacza, mówi Izajasz, że „Pan zwalił na Niego winy nas wszystkich” (Iz 53, 6). Lecz i to może brzmieć jak abstrakcja. Nazwijmy rzecz po imieniu: On wziął na siebie całą moją zarozumiałość, cały bunt wobec Boga, całą rozwiązłość i rozpasanie, całą pychę i zawziętość, całą hipokryzję, całą moją niesprawiedliwość, całą przemoc, całe kłamstwo, całą złość i nienawiść. W tamtym momencie, gdy zamienił się miejscem z każdym Barabaszem świata, spadł na Niego cały ciężar ludzkiego grzechu – mojego grzechu! To nie jest jedynie przenośnia. Tak dosłownie się stało. Jest to dla nas niewyobrażalne, ale nie oznacza to, że nierealne. O. Raniero Cantalamessa używa pewnego obrazu, aby pomóc nam zbliżyć się nieco do tej prawdy: „Co stałoby się, gdyby cały wszechświat fizyczny, z miliardami miliardów ciał niebieskich, oparł się na jedyny punkcie, jak ogromna odwrócona piramida? Jaki nacisk musiałby znosić ten punkt? W takim razie wyobraźmy sobie, iż cały moralny wszechświat winy, niemniej bezkresny niż ten fizyczny, ciążył w tamtej chwili na duszy Jezusa. Pan zwalił na Niego bezbożność nas wszystkich”.

Kochani, wyznajmy prawdę: krzyż, który wziął na siebie Jezus i do którego został przybity ten rzeczywisty krzyż – to jest nasz grzech. Każdy może powiedzieć: Jezus zajął na nim moje miejsce. Patrzmy na Niego i nie odwracajmy głowy. Jego ciało całe pokryte jest ranami, w których ukrył moje grzechy. Cały jest poorany moimi grzechami. Wziął je na siebie i znowu zasłonił mnie sobą na krzyżu, aby każdy kto spojrzy na Niego, potrafił przebaczyć sobie i wszystkim swoim „Barabaszom” - krzywdzicielom. W Jego ranach jest nasze zdrowie. On potrafi nawet rany zamienić w perły.

Myślmy o tym, gdy za chwilę będziemy zbliżali się do krzyża, aby ucałować Ukrzyżowanego. Dotykając ustami Jego ran, pamiętajmy o tym, że ukrył w nich nasze grzechy, abyśmy już nimi nie ranili siebie i innych. Wybawił nas z nich. Miejsce, którym zamienił się ze mną Jezus, już nie jest miejscem oskarżenia i sądu, ale tronem łaski. „Przybliżmy się więc z ufnością do tronu łaski, abyśmy otrzymali miłosierdzie” (Hbr 4, 16).

----------------------------
Źródło: http://www.cfd.sds.pl/








czwartek, 15 października 2015

Prorok, który cierpiał

Ziemskie życie Jeremiasza było w jego odczuciu pod każdym względem zmarnowane

Niech Jahwe podniesie z upadku" - tak można przetłumaczyć imię Jeremiasza. Życzenie zawarte w imieniu nie spełniło się jednak za życia proroka. Na ziemi doświadczył on bowiem mnóstwa cierpień i nic nie wskazuje na to, by umarł w szczęściu. Mimo iż był wierny Bogu, jego życie było zaprzeczeniem słów Psalmu 128: był nieszczęśliwy i wiodło mu się beznadziejnie, nie miał żony i nie mógł się cieszyć ze swoich dzieci. Bóg mu nie błogosławił. W swoim życiu prorok musiał oglądać klęskę bliskiej jego sercu Jerozolimy. Nie doczekał się też tego, czego tak bardzo pragnął: pokoju w Izraelu. Hiobowi Bóg przynajmniej wynagrodził jego cierpienia w dwójnasób... Tymczasem ziemskie życie Jeremiasza było w jego odczuciu pod każdym względem zmarnowane (Jr 20,14) i szczerze mógł modlić się słowami Psalmu 88.

Kim był najbardziej doświadczony z proroków? Za co cierpiał ten, który w tak przejmujący sposób wykrzykiwał Bogu swój ból? W jakich czasach i układach politycznych przyszło mu głosić Słowo Boże? Na te pytania postaramy się odpowiedzieć, przyglądając się tej tragicznej postaci.

Jeremiasz pochodził z prowincjonalnej rodziny kapłańskiej. Nic nie wskazuje na to, by syn Chilkiasza sprawował kiedykolwiek funkcję kapłana. Być może nie zdążył, gdyż gdy był zaledwie młodzieńcem (mógł mieć dwadzieścia parę lat), kiedy Bóg powołał go na proroka (Jr
1,5-10). Jeremiasz, podobnie jak Mojżesz (Wj 4,10), niechętnie przyjął swoje powołanie. Zupełnie jakby przeczuwał, co niesie ono ze sobą. Bóg jednak zapewnił go o swojej pomocy (Jr 1,8.19; 20,11) i dał mu nie tylko ducha przemawiania (1,9), ale także władzę niszczenia i budowania (1,10). Odtąd słowa Jeremiasza będą młotem walącym w twarde serca Ludu Wybranego (Jr 23,29, por Oz 6,5).

Jeremiaszowi przyszło żyć w bardzo ciężkich czasach. Dookoła ciągle toczyły się wojny, królowie zmieniali się często, a lud i dostojnicy mieli swoją własną wizję przeprowadzenia Izraela przez zawirowania historii. Przyjrzyjmy się przez chwilę tej politycznej zawierusze:

W roku 626 p.n.e. gdy Jeremiasz został prorokiem, królestwem Judzkim, skrawkiem potężnego niegdyś państwa Salomona (obszar pokoleń północnych sto lat wcześniej został zagrabiony przez Asyrię), rządził małoletni Jozjasz. Przeprowadził on nie tylko reformę religijną, ale i zbuntował się przeciw zwierzchności upadającego imperium asyryjskiego. Zapoczątkowane przez niego dzieło odnowy państwa zostało przerwane, gdy zginął w bitwie z faraonem, który stanął w obronie Asyrii. Z woli Egipcjan królem Judy został religijnie obojętny Joakim.

Jeremiasz, który wcześniej spoglądał życzliwie na reformę Jozjasza (22,15n), teraz musiał z całą stanowczością wystąpić przeciw fałszywemu kultowi promowanemu przez Jojakima. Za swoje nauczanie został wychłostany i zakuty w dyby (20,2). Przez konflikt z monarchą pozbawiono go prawa wstępu do świątyni (36,5), a gdy mimo to nie ustawał w krytyce poczynań króla, ten odpłacił się prorokowi spaleniem zwoju z jego proroctwami (36,23) oraz zmusił go do ucieczki i ukrywania się (36,26).

Prześladujący proroka Jojakim zbuntował się najpierw przeciw Egiptowi, a potem przeciw królowi babilońskiemu Nabuchodonozorowi (który wcześniej pokonał Asyrię i zajął jej miejsce „północnego mocarstwa" zagrażającego Judzie). Gdy na wojnie z Babilonem zginął Jojakim, jego następcą został Jojakin. Ten jednak poddał się Babilończykom (Chaldejczykom) i został deportowany do Babilonu wraz z żydowskimi dostojnikami. Nabuchodonozor nie chciał niszczyć państwa judzkiego i na tronie posadził lojalnego wobec siebie Sedecjasza, który jednak nie miał poparcia ludu. Sedecjasz był człowiekiem pobożnym, ale słabym. Pozbawiony mądrości doradców deportowanych do Babilonu, uległ namowom polityków z frakcji proegipskiej i przystąpił do koalicji przeciw mocarstwu z północy. W odpowiedzi Babilończycy natychmiast wyruszyli przeciw Judzie i oblegli Jerozolimę.

W tym okresie Jeremiasz intensywnie zaangażował się w politykę. Sedecjasz był mu przychylny, prorok mógł więc znów bez przeszkód pełnić swoją misję ratowania żydowskiego państwa i religii. Zdaniem Bożego posłańca, Jerozolima mogła ocalić się tylko przez poddanie się najeźdźcy. Wzywanie do kapitulacji miasta zostało przez mieszkańców odczytane jako zdrada, za którą Jeremiasz został uwięziony (37,11-16), a następnie skazany na śmierć przez utopienie w błocie
(38,1-6). Z cysterny uratował go jednak obcokrajowiec i prorok na powrót znalazł się w areszcie (38,7-13).

Gdy w lipcu 586 roku Babilończycy przedarli się przez mury Jerozolimy, jej los był przesądzony. Świątynia została spalona, a miasto zburzone. Większość ludności deportowano do Babilonu („niewola babilońska"), a nad niedobitkami w Judzie ustanowiono zarządcą Godoliasza. Jeremiaszowi dano wybór albo udać się do Babilonu i cieszyć się opieką króla, albo pozostać na miejscu z resztką Żydów (40,4). Jeremiasz postanowił czuwać nad życiem religijnym w ruinach Izraela. Przy namiestniku zaczęli zbierać się ludzie gotowi pracować nad odbudową kraju. Niestety wraz z zamachem na Godoliasza (40,1-41,7) prysły resztki nadziei na unormowanie życia państwa. Po krótkiej wojnie domowej niedobitki Judejczyków, w obawie przed zemstą Babilonu, zbiegły pod opiekę faraona, przy okazji zabierając przemocą Jeremiasza (42,1-43,7). Prorok, widząc religijny upadek swojej trzódki, nie ustawał w wykazywaniu grzechów ludu. Jednak i tam opór przeciwko niemu nie słabł (44,16). Prorok do końca przekazywał ludowi wyrocznie Pana, wieszcząc zagładę Żydów w Egipcie (44,27). Śmierć Jeremiasza nie została przez Barucha opisana. Bo i pewnie nie było o czym pisać. Prawdopodobnie zmarł pogrążony w beznadziei, opłakując religijny i państwowy upadek swojego ludu.

Ocierpieniach Jeremiasza dowiadujemy się z relacji jego sekretarza, ale i sam prorok w swojej księdze zamieścił opisy przeżywanych przez siebie duchowych cierpień. W nich właśnie możemy zobaczyć, jak rozpaczał nad klęską Jerozolimy i jej zabitymi synami (4,19;
8,21-23). Jego misja niszczenia (1,10) wcale go nie cieszyła, on wolał budować i pocieszać (por. rozdziały 30-33). Mimo to był przepełniony gniewem Pana (6,11). Ciągłe obwieszczanie ruiny było dla niego przekleństwem. Ludzie szydzili i śmiali się z niego. Słowo Boże było mu niewygodne, paliło jego serce jak ogień, którego nie był w stanie ugasić (20,8n). Jeremiasz buntował się przeciw swojemu powołaniu, nie chciał być prorokiem. Chciał cieszyć się życiem i śmiać z przyjaciółmi (15,17). Pan jednak nie zaakceptował jego buntu przeciw powołaniu i wezwał go do nawrócenia (15,9). Kazał mu być twardym i przygotować się na jeszcze większe cierpienia (12,5). Samotny Jeremiasz trwał więc przy Bogu i przy Jego Słowie. Ono stało się jego jedyną rozkoszą (15,16) i sensem życia. Nawrócony prorok stał się twierdzą nie do zdobycia. (15,20). Pan był przy nim jak potężny niewidoczny wojownik (20,11). Jeremiasz nie złamał się, wytrwał do końca przy swojej wyniszczającej misji.

Trzeba zauważyć, że prorok pozostał wierny, mimo iż nie mógł liczyć na nagrodę po śmierci. Oczywiście jeśli spojrzymy na to przez pryzmat teologii czasów Jeremiasza. Nie było wtedy nauki o zmartwychwstaniu, niebie i odkupieńczej misji Chrystusa. Jeremiasz umierał ze świadomością, że pójdzie do Szeolu i nic dobrego go tam nie spotka. (Ps 88,11-13). Jakie musiało być jego zaskoczenie, gdy Chrystus, zstąpił do otchłani (1 P 3,19) i zaprowadził Jeremiasza prosto do Nowej Jerozolimy (Ap 21). W oczach Jeremiasza jego męka nie miała żadnego znaczenia. Nie przyszedł przecież jeszcze Mesjasz, który nadał sens cierpieniu. Jeremiasz nie mógł świadomie powierzyć swojego krzyża Jezusowi. Zresztą zapewne i tak nie zmieściłoby mu się w głowie, że Bóg będzie cierpieć podobnie jak on (11,19).

Zauważmy jeszcze, że Jeremiasz był prześladowany za rzecz, którą dziś wielu uznałoby za błahą: za poglądy polityczne. Prorok był przekonany, że Bóg, posługując się Nabuchodonozorem, dokona przebudowy stosunków politycznych na świecie, tak że również Żydzi będą poddanymi babilońskiego króla (27,6n). Walka z najeźdźcą była w jego mniemaniu walką ze sługą Boga. Tego niepoprawnego poglądu nacjonaliści Jerozolimy nie zamierzali tolerować. Ich zdaniem wzywanie do kapitulacji i niszczenie ducha walki w narodzie było przestępstwem zasługującym na śmierć.

Jeremiasz nie miał do dyspozycji żadnych spektakularnych znaków, którymi mógłby przekonać do swoich poglądów mieszkańców Jerozolimy. Nie miał, jak Mojżesz, laski zamieniającej się w węża ani innych „magicznych" przedmiotów. W opisywanych przez Barucha cierpieniach Jeremiasza nie ma światła żadnego cudu. Zdaje się, że Bóg nie kieruje wypadkami, nie ma anioła w piecu ognistym, nie ma garnka z nieskończoną ilością mąki ani kruka, który by karmił proroka w lochu. Jeremiasz jest całkowicie bezsilny, wydany na pastwę wrogów, na których nie robi najmniejszego wrażenia. Jego historia nie ma też jakiegoś pomyślnego czy choćby dramatycznego zakończenia. Jeremiasz odchodzi cicho, bez nimbu chwały, być może zapomniany i opuszczony

Można zapytać: co z tego miał? Czy Bóg odpłacił mu w jakikolwiek sposób za jego cierpienie? Współczesny Jeremiaszowi powiedziałby, że nie, że jego życie nie miało sensu, że nic mu się w życiu nie udało. Jeremiasz, tak jak bliższy naszym czasom błogosławiony Karol de Foucauld, zmarł nie widząc żadnych owoców swojego życia. Karol napisał regułę zgromadzenia, do którego nikt nie przystąpił za jego życia, a Jeremiasz napisał księgę, którą nikt się nie przejął. Ziarno zasiane przez obydwu musiało obumrzeć, by wydać plon (por. J 12,24). Nauka Jeremiasza przetrwała, jego dzieło jest częścią Pisma Świętego, drogowskazem dla milionów. Czy Jeremiasz, gdy kawałek po kawałku palono jedyny rękopis jego księgi (36,23), mógł w ogóle marzyć o tylu czytelnikach? Czy prorok mógł mieć świadomość tego, jak wielkie rzeczy zapowiada? Jeremiasz przepowiedział przecież zawarcie nowego przymierza z domem Izraela (Jr 31,33). To Nowe Przymierze, zostało ustanowione przez krew Chrystusa (Łk 22,20). Dzięki Chrystusowi my, poganie, także zostaliśmy wszczepieni do domu Izraela i mamy udział w obiecanych mu błogosławieństwach.

Orygenes w cierpieniu Jeremiasza widział cierpiącego Zbawiciela. Gdy my, podobnie jak współcześni Jeremiaszowi, nic sobie nie robimy z cierpienia proroka i nie żyjemy nakazami Słowa Bożego, przyczyniamy się do cierpienia samego Boga.


Karol Madaj - teolog, biblista, należy do kręgu Domowego Kościoła w Warszawie..

-------------
Tekst pochodzi ze strony http://www.wieczernik.oaza.pl/

niedziela, 28 czerwca 2015

Zamyślenie nad XIII Niedzielą Zwykłą - 28 czerwca 2015



A pewna kobieta od dwunastu lat cierpiała na upływ krwi. Wiele przecierpiała od różnych lekarzy i całe swe mienie wydała, a nic jej nie pomogło, lecz miała się jeszcze gorzej. Słyszała ona o Jezusie, więc zbliżyła się z tyłu między tłumem i dotknęła się Jego płaszcza. Mówiła bowiem: "Żebym się choć Jego płaszcza dotknęła, a będę zdrowa". Zaraz też ustał jej krwotok i poczuła w ciele, że jest uzdrowiona z dolegliwości. Jezus także poznał zaraz w sobie, że moc wyszła od Niego. Obrócił się w tłumie i zapytał: "Kto dotknął się mojego płaszcza?" Odpowiedzieli Mu uczniowie: "Widzisz, że tłum zewsząd Cię ściska, a pytasz: Kto się Mnie dotknął?" On jednak rozglądał się, aby ujrzeć tę, która to uczyniła. Wtedy kobieta przyszła zalękniona i drżąca, gdyż wiedziała, co się z nią stało, upadła przed Nim i wyznała Mu całą prawdę. On zaś rzekł do niej: "Córko, twoja wiara cię ocaliła, idź w pokoju i bądź uzdrowiona ze swej dolegliwości".

[Mk 5,25-34]

Chodzę do Kościoła, bo chce żeby Jezus uleczył nie tylko moją duszę, ale i ciało.
Przychodzę, bo słyszę, że jest On uzdrowicielem.
Przychodzę i dotykam się Jego Ciała tak jak inni, którzy idą za Nim.
I odchodzę taki sam jaki byłem wcześniej, dlaczego?
Czyżbym miał mniejszą wiarę od tej kobiety?
I dlaczego jak ta kobieta nie przychodzę od razu do Jezusa, tylko idę do lekarzy, którzy i tak mi nie mogą pomóc?
A może próbuje się jednak usprawiedliwić i usprawiedliwić moją słabą wiarę?
A może moja wiara jednak dopiero kiełkuje, tak jak ziarnko gorczycy?

niedziela, 10 maja 2015

Zamyślenie nad VI Niedzielą Wielkanocną - 10 maja 2015.

Czymże jest miłość? Miłość polega na tym, że Bóg, który jest nieskończoną Miłością, pierwszy mnie umiłował i zesłał dla mnie swojego Syna, który obdarzył mnie swoim Miłosierdziem i sprawił, że potrafię innych obdarzać miłością.
On jest ofiarą przebłagalną za moje grzechy. On sprawia, że dzięki Niemu mam życie.
Ale żebym mógł innych obdarzać miłością, powinienem trwać w Bogu jak w tym krzewie winnym.
Jeśli nie trwam w Nim, potrafię tylko innych obrażać, zabijać, plotkować....
Jeśli trwam w Bogu, nie mogę źle mówić o bliźnich.
On sprawia, że jestem nieczuły na obelgi innych i nie obrażam innych.

O miłości mogę pisać wielkie poematy. Mogę słuchać jaka piękna jest miłość. Mogę się zachwycać pięknym opisem miłości św. Pawła. Mogę mówić, że miłość jest cierpliwa, jest łaskawa, że miłość wszystko przetrzyma, ale jeśli nie będę trwał w Bogu, nie będę miał Miłości Jego w sobie, będę mówił, że miłość się skończyła i będę chodził jak zombi strasząc innych swoim wyglądem, chodem.
W jednym z piosenek śpiewamy: "Gdzie miłość wzajemna i dobroć, tam znajdziesz Boga żywego.".
Tam gdzie miłość jest we mnie, tam w mojej świątyni mieszka Bóg.
Więc chce żeby On stale mieszkał w moje świątyni i nie chce już nikogo obrażać.
Chce wytrać w Twoje miłości Jezu i chce być Twoim przyjacielem. A jeśli jest taka wola Twoja to uczyń mnie choćby najmniejszym Twoim sługą.

A i co to znaczy Panie Jezu, że zesłałeś Ducha Świętego na tych, którzy słuchali nauczania Pawła?

czwartek, 7 maja 2015

„On do nas nie należy”


Wtedy Jan rzekł do Niego: «Nauczycielu, widzieliśmy kogoś, kto nie chodzi z nami, jak w Twoje imię wyrzucał złe duchy, i zabranialiśmy mu, bo nie chodził z nami». Lecz Jezus odrzekł: «Nie zabraniajcie mu, bo nikt, kto czyni cuda w imię moje, nie będzie mógł zaraz źle mówić o Mnie. Kto bowiem nie jest przeciwko nam, ten jest z nami. Kto wam poda kubek wody do picia, dlatego że należycie do Chrystusa, zaprawdę, powiadam wam, nie utraci swojej nagrody.

Kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą, temu byłoby lepiej uwiązać kamień młyński u szyi i wrzucić go w morze. Jeśli twoja ręka jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją; lepiej jest dla ciebie ułomnym wejść do życia wiecznego, niż z dwiema rękami pójść do piekła w ogień nieugaszony.

I jeśli twoja noga jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją; lepiej jest dla ciebie chromym wejść do życia, niż z dwiema nogami być wrzuconym do piekła.

Jeśli twoje oko jest dla ciebie powodem grzechu, wyłup je; lepiej jest dla ciebie jednookim wejść do królestwa Bożego, niż z dwojgiem oczu być wrzuconym do piekła, gdzie robak ich nie umiera i ogień nie gaśnie».

[Marek 9,38-43, 45, 47-48]



Apostoł Jan uważa, że tylko Dwunastu ma prawo działać w imię Jezusa: „Widzieliśmy człowieka, który w Twoje imię wyrzucał złe duchy, i zabranialiśmy mu, bo nie należy do nas”. Jezus natychmiast rozrywa ten ścisły krąg, rozszerzając go do maksimum: „Kto nie jest przeciwko nam, jest z nami”.

U Mateusza jednak potykamy się o „kto nie jest ze Mną, jest przeciwko Mnie”. Inna reakcja? Tak, ponieważ sytuacja jest inna. U Mateusza (12,30) Jezus zostaje oskarżony przez faryzeuszy o zmowę z diabłem! Reaguje gwałtownie: Nie chcecie być ze Mną. Oni uczynili świadomy wybór — najstraszliwszy, jakiego człowiek może dokonać: widzieli Jezusa, słuchali Jezusa i są przeciwko Niemu.

U Marka (i Łukasza) jest inaczej: chodzi o człowieka dobrej woli: „Ponieważ czyni cuda w moje imię, nie może być przeciwnikiem. Nie jest przeciwko nam”.

A zatem jest z nami? Wydaje się to dosyć optymistyczne.

W tym punkcie zawsze będziemy podzieleni na chrześcijan otwartych i chrześcijan nieufnych. Jan jest zwolennikiem getta: „Ten człowiek nie należy do nas”. Trzeba sprawdzić. Ślepe otwarcie nie byłoby lepsze od sekciarskiego zamknięcia się we własnym kręgu.

Myśląc o niektórych z tych, którzy wzywać będą Jego imienia („Panie, Panie, w Twoje imię prorokowaliśmy i wyrzucaliśmy złe duchy, i czyniliśmy cuda”), Jezus powiedział surowo: „W dniu sądu oświadczę im: nigdy was nie znałem”.

Dlaczego? Ponieważ żyli obłudnie. Bardzo pięknie mówili: „Panie, Panie!”, byli specjalistami od spraw religijnych, ale prowadzili złe życie: „Odejdźcie ode Mnie wy, którzy dopuszczacie się nieprawości!” (Mt 7,22-23).

Oto kryterium, które pomoże nam zadecydować, czy ten albo tamten należy do nas: nie „Panie, Panie!”, lecz troska, aby nie być złym.

Ktoś powie, że kryterium jest szerokie? Z pewnością. Tym bardziej że trzeba je stosować w sposób dynamiczny: zobaczyć, czy w tym momencie ten człowiek stara się być dobry. Jeśli tak, należy do nas, niezależnie od jego przeszłości. Nie odrzucajmy go tylko dlatego, że jest trochę inny, że nie jest zbytnio praktykujący albo ortodoksyjny. Że może nawet jest dosyć daleko od Chrystusa, ale czuje się przez Niego przyciągany.

Sami musimy się zastanowić, czy nasza chrześcijańska grupa jest miejscem gościnnym, otwartym dla innych, czy też jest zamkniętym klubem. Jezus przyszedł, żeby zgromadzić wszystkich ludzi. Jeśli zamykamy drzwi, chcąc by nasza grupa była bardzo porządna, będzie nam ze sobą dobrze. Ale być może nie będzie wśród nas Jezusa.

ANDRÉ SÈVE, Homilie niedzielne Kraków 1999

-----------------------
tekst pochodzi ze strony opoka.org.pl